Równi i równiejsi, czyli o anarchistycznej drabinie ważności

Przez Poznań przeszedł Marsz Równości. Po raz kolejny szedł wśród wyzwisk i chóru nienawistnych okrzyków.  Jak zawsze o Marszu było głośno  – media wszelakie ubolewały, że może być powtórka z 11.11.11., że niebezpiecznie, że prowokacja… A jednak na samym Marszu było ciszej niż zwykle. Zabrakło Samby “Hałastra” z poznańskiego squatu, która do tej pory nadawała rytm przemarszowi pośrodku trzech kordonów policjantów i policjantek odgradzających “równe i równych” od “normalsów”. Dlaczego Rytmy Oporu (w skrócie RoR), najstarsza grupa Samby w Polsce, tym razem odmówiła udziału?

Otóż wszystko przez to, że niektóre rodzaje opresji są dla anarchistów ważniejsze od innych. Aż chciałoby się powiedzieć “są równi i równiejsi”. Myślę, że to coś więcej niż brak solidarności. Zaznaczam też, że nie jest mi łatwo pisać ten tekst, bo zawsze myślałam o poznańskim Rozbracie bardzo dobrze. Środowisko poznańskiego skłotu było zdecydowanie najbardziej aktywne jeśli chodzi o sprawę kontenerów socjalnych, ale… ALE wyszło jak wyszło i moja sympatia do Rozbratu odbija się czkawką, albo nawet zgagą.

Głównym powodem tego zrzutu z wątroby jest ten artykuł Stanisława Krastowicza, który pojawił się na stronie Rozbratu. Autor rozprawia się z problemem “bezwzględnej i metodycznej przemocy biurokratycznej władzy.” Jak sam pisze:

Władzy wspieranej przez mieszczuchów, którzy bardziej od pedałów nienawidzą tylko biednych.

Mieszczańska (tfu!) zgniła burżuazja pozwala sobie na kompromisy, a tymczasem anarchiści czuwają. To co, że Szanowny Pan Autor przemyca obraźliwe słowo w swoim błyskotliwym komentarzu – licentia anarchica najwidoczniej.

Każdego roku, Marsz Równości w Poznaniu podnosił problemy nierówności społecznych – przede wszystkim w odniesieniu dla gejów i lesbijek. Popieram te dążenia, ale chcę tu powiedzieć, że inne tematy były jedynie listkiem figowym.

Za to Rozbrat aktywnie działa w sferze praw kobiet, feminizmu, i aktywizmu LGBTQI… Rozumiem, że kategoria “klasy” jest w centrum zainteresowań tego kolektywu, ale mieszanie z błotem Marszu Równości za to, że koncentruje się na nierównościach dotyczących gejów i lesbijek jest po prostu nie fair w obliczu własnego przemilczania spraw dotyczących seksualności i gender. Co znamienne, na stronie Radykalny Poznań w zakładce “dokumenty” znajdziemy same ważne zakładki: pracownicze, ekologia, wojny/militaryzm… Feminizm? Brak. LGBT? Brak.
Nie wspominając o kilku innych wpadkach Rozbratu: dzięki Fronesis za przypomnienie niesławnego transparentu Federacji Anarchistycznej, o którym pisała Anka Zawadzka tutaj. Pisała tak:

“Prawo to dziwka, która służy bogatym i politykom” napisała Federacja Anarchistyczna na transparencie w obronie poznańskiego squatu Rozbrat.


(źródło: indymedia)

Podczas wczorajszej demonstracji w obronie Rozbratu spalono kukły prezydenta miasta i dewelopera, który zamierza budować architektoniczne perły na terenie squatu. Aż dziw, że nie było trzeciej: dziwki o imieniu “prawo”. Chłopcy z demonstracji – a i pewnie co bardziej wierne Federacji Anarchistycznej dziewczyny – mogliby sobie poużywać. Na przykład rytualnie kukłę zgwałcić. O pardon, przecież dziwki zgwałcić się nie da, bo dziwka lubi być wykorzystywana. Dziwka to zła kobieta na usługach zbrodniczego systemu, jak zawiadomił nas transparent.

To zresztą nie pierwsza wpadka po tej linii. O innym seksistowskim plakacie do poczytania tutaj i tutaj.

Wracając do tekstu Krastowicza:

W sprawie budowy kontenerowych osiedli nie mieliście nic do powiedzenia. W walce przeciwko tym gettom Federacja Anarchistyczna została ostatecznie osamotniona. Reszta zdezerterowała, nie widząc szans na wygraną, albo w ogóle nie dostrzegając znaczenia problemu, czyli wprowadzania pod hasłem walki z „trudnymi lokatorami” nowych standardów mieszkalnictwa i dyscyplinowania biedy. Często tej samej biedy, która potem chwyta po kamień, aby rzucić nim w geja lub lesbijkę.

Wstrętna, wyrodna matka z tej biedy, co to wkłada ludziom kamienie w dłonie. Zgadzam się, że warto dostrzegać strukturalne uwarunkowanie prawicowego ekstremizmu, ale chyba w szerszym kontekście społeczno-politycznym to nie “bieda” popycha ludzi do kanalizowania nienawiści w stronę osób nieheteronormatywnych! Duże uproszczenie. Nie wspominając o “hydraulicznym” rozumieniu przemocy.

Skupiacie się na „symbolach przemocy”, „języku przemocy”, ale nie na przemocy władzy. Nie dostrzegacie jej. Rozgrzeszacie. Kryjecie się za szpalerami policji, twierdząc, iż nie stosujecie przemocy. Ale ilu z Was w ostatnich wyborach głosowało na PO lub Palikota? Ilu z Was głosowało na tych, którzy dziś przykładają rękę do stawiania kontenerowych osiedli, masowych eksmisji, horrendalnych podwyżek czynszów?

Wg autora, władza = eksmisje na bruk, przemoc fizyczna/materialna. Tylko, że władza to też te znienawidzone (bo pewnie zbyt “miękkie”) symbole i język przemocy! Krastowicz utożsamia też Marsz Równości z jakąś wyimaginowaną liberalną defiladą bogatych gejów wyzyskiwaczy, co to zhańbili się głosem na Palikota lub PO (lesbijki celowo pozostawiam tutaj niewidoczne). No tak, i przez to muszą się kryć za szpalerami policji – cóż za zdrada ideałów! Prawie kolaboracja z wrogiem, trzeba się było przecież otwarcie wystawić na deszcz kostek brukowych wyrwanych z ulicy! Dziwna fantazja.

Przemoc, której jesteśmy świadkami, jest konsekwencją słabości także poznańskiej inteligencji. Nie mówię tu o tych kilku nazwiskach, które mogę wręcz policzyć na palcach jednej dłoni. Pozostała część milczy. Poznańskie elity intelektualne to czarna dziura, nie wydobywa się z niej ani promyk. Wasza postpolityczna nowomowa nie pozwala wam zająć jasnych stanowisk, powiedzieć: „czarne to czarne, białe to białe”.

Wszystko jasne: czarne jest czarne, białe jest białe. Nie ma sensu cytować reszty artykułu, bo mam problem z każdym jego fragmentem. Mam szczerą nadzieję, że rzucane na wiatr oskarżenia o “miałkość intelektualną”, “kolaborowanie z prawicową władzą”, a nawet “tępotę polityczną” nie są odzwierciedleniem mentalności radykalnego Poznania.

Gdyby ten artykuł na poważnie brał problemy homonacjonalizmu, wewnętrznej nierówności wielu ruchów LGTBIQ, w których seksizm albo niewidoczność osób trans nie są przecież rzadkością, to podpisałabym się pod nim obiema rękoma. Niestety bardzo daleko jest tej nieudolnej próbie komentarzu sytuacji politycznej Poznania do czegoś, czego oczekiwałabym od radykalnego środowiska. Zamiast tego jest czarno na białym hierarchizowanie opresji. “Moja sprawa jest ważniejsza od twojej głupiej sprawy!” Łatwo o taki punkt widzenia, jeśli jest się białym heteroseksualnym mężczyzną (nie zakładam tutaj tożsamości autora).

Co więcej, kolejna sztuczka polega na tym, że Pan Stanisław skrupulatnie oddzielił sobie gejów i lesbijki od biednych ludzi wysiedlonych do kontenerów, nie przypuszczając pewnie nawet, że przecież osoby z tej drugiej grupy mogły się znaleźć na marszu. Nie, to nie przemknęło autorowi przez myśl, bo przecież sam stworzył na własny użytek monolityczną kategorię “biedy”. Ten Frankenstein powstały wskutek potwornych eksperymentów miejskiej władzy może śmiało ciskać kamienie w gejów i lesbijki, bo sam nie ma ani płci, ani seksualności – przynajmniej tak wynika z cytowanego artykułu. Swoją drogą odmawianie ludziom ubogim seksualności jest typowym zagraniem neoliberalnych praktyk rozwojowych (polecam też świetny tekst Moniki Bobako o urasawianiu odmienności klasowej).

Nie wiem czy tezy wyrażone w artykule Krastowicza są bezpośrednim powodem odmówienia udziału w MR przez sambę z Rozbratu, ale odnoszę wrażenie, że te dwie sprawy jakoś się łączą. Oczywiście nie uznaję, że Samba i Rozbrat to jedno i to samo, i nie wiem dokładnie jak przebiegał proces decydowania o tym, czy grać na MR, czy nie. Jednak RoR to międzynarodowy ruch i łączą się z nim pewne zasady, które według mnie zostały w jakiś sposób nadwyrężone. Początki RoR były związane z przełamaniem maskulinistycznego i maczystowskiego wizerunku anarchistycznego czarnego bloku, poprzez “taktyczną frywolność” i np. ubieranie się na różowo. Głównym celem samby jest “konfrontacja i krytyka systemów dominacji i bezpośrednie wsparcie wszystkich walczących przeciw dyskryminacji, eksploatacji i opresji.” Dlaczego Marsz Równości w 2011 się nie zakwalifikował? Czyżby opresja jakiej do doświadczają codziennie osoby LGBTIQ w Poznaniu była zbyt wysokiej klasy, zbyt burżua dla anarchistów i anarchistek z Poznania? Dlaczego na Rozbracie nie ma więcej queerowych wydarzeń? Ktoś powie, to nie ich działka. A jednak chciałabym widzieć na poznańskim skłocie grupę wsparcia dla kobiet doświadczających przemocy, albo dyskusje na temat praw mniejszości (?) seksualnych, albo feministyczną sambę, i jeszcze bardziej szalenie: festiwal queer-porno.   Nie, takich rzeczy na Rozbracie nie ma. Może kiedyś.

Advertisements