Rewolucja po sąsiedzku

Na Węgrzech w końcu wrze. Zaraz po Nowym Roku blisko sto tysięcy osób protestowało przed gmachem Opery Narodowej w Budapeszcie przeciwko nowej węgieskiej konstytucji, a raczej “ustawie fundującej” nowe Węgry, jak odnoszą się do niej jej twórcy. W czasie kiedy ogromny tłum zajmował dużą część bulwaru Andrassy, bal w operze za blisko 40 000 EUR fetował wprowadzenie w życie jednej z najbardziej konserwatywnych konstytucji w Europie. Sytaucja polityczna na Węgrzech jest napięta już od dawna. Rządząca partia Fidesz ma miażdżącą większość 2/3 miejsc w parlamencie, co daje jej możliwość wprowadzania zmian w systemie prawnym na niespotykaną skalę. Co gorsza, Fidesz z premierem Viktorem Orbanem na czele  korzysta z tego przywileju w stopniu maksymalnym.

Wydaje się, że międzynarodowe media całkiem niedawno dostrzegły ferment w tym zaledwie 10-milionowym kraju. Co więcej, większość relacji  skupia się na zmianach ekonomicznych, kreśląc obraz dziwacznej krainy na Dunajem, której nikczemny “Viktator” postradał zmysły wprowadzając najwyższą daninę w okolicy (27% podatek VAT), skazując swoich przeciwników na banicję (uznanie opozycyjnej partii socjalistycznej za organizację kryminalną), a posłańców złych wieści wtrącając do lochów (wprowadzenie pełnej kontroli mediów). Poprzez skupianie się jedynie na wąsko rozumianym ekonomicznym aspekcie zmian wprowadzanych przez rząd Orbana, pomijana jest ogromna sfera szkód jakie niespełna 1,5 roku konserwatywnych rządów poczyniło w kwestiach dotyczących polityki społecznej. Na obecną sytuację złożyło się wiele oburzających decyzji. Odnoszę wrażenie, że Węgrzy byli do tej pory portretowani jako bierni widzowie tego prawicowego spektaklu rozmotowywania demokracji. W rozmowie z kilkorgiem Polaków odwiedzających Budapeszt, usłyszałam, że Węgrzy są bierni politycznie i sami sobie zasłużyli na taką sytuację.Tymczasem w Budapeszcie od ponad roku protesty i demonstracje to prawie codzienność.

Wiele wcześniejszych wydarzeń zapowiadało taki obrót sytuacji na Węgrzech. Jedną z pierwszych zmian wprowadzonych przez nowy rząd w 2010 roku była całkowita reforma systemu wyborczego. Ta “rewolucja przy urnach” zapewnia przewagę Fideszowi. Chociaż partia stara się odżegnywać od swoich niedawnych sojuszników ze skrajno-prawicowego ugrupowania Jobbik, to ultrakonserwatyści czują się na Węgrzech bezkarni. W marcu 2010 roku ekstremiści z organizacji Magyar Garda (neo-faszystowska bojówka związana z Jobbik) oraz paramilitarna grupa Véderő okupowali wioskę Gyöngyöspata. Neo-naziści w pełnym umundurowaniu patrolowali wioskę by terroryzować jej romskich mieszkańców. Przez ponad 2 miesiące napięta sytuacja była pogarszana przez działania policji oraz polityków. Jedynie aktywistki i aktywiści z węgierskich organizacji pozarządowych i ruchów anarchistycznych pojechali na miejsce, żeby pomóc Romom w obronie przed neonazistami, a także przywieźć żywność odciętym od reszty świata mieszkańcom. Oficjalne działania policji ograniczyły się do ewakuacji kobiet i dzieci z Gyöngyöspaty, a nieliczne aresztowania nastąpiły dopiero po bezpośredniej konfrontacji obu grup. Jawny rasizm i ksenofobia w tej i podobnych sprawach nigdy nie doczekały się potępienia ze strony rządzących, stanowiąc niejako przyzwolenie na takie demonstrowanie nienawiści. Dodam tylko, że wszystko działo się podczas węgierskiej prezydencji w Unii Europejskiej, czyniącej integrację Romów jednym z priorytetów programu.

W czerwcu 2011 roku 550 pracowników mediów publicznych straciło pracę w wyniku czystek związanych z wprowadzeniem nowego prawa dotyczącego mediów. Fidesz sprawuje ścisłą kontrolę nad mediami poprzez przymusową konsultację przez Radę Mediów każdego przekazu. Rada składa się wyłącznie z lojalnych wobec Fideszu członków nominowanych przez premiera na 9-letnią kadencję. Ten kaganiec praktycznie blokuje wszelkie krytyczne wobec rządu analizy w mediach publicznych.

23 października to rocznica rewolucji 1956, która do tej pory była nacjonalistyczną manifestacją skrajnej prawicy. Tym razem zamieniła się w gigantyczny protest setek tysięcy “oburzonych” rządami Fideszu. Po wcześniejszych protestach w marcu organizacja Jeden Milion Dla Wolności Prasy na Węgrzech zorganizowała ogromną akcję obywatelskiego nieposłuszeństwa pod hasłem “Nem tetszik a rendszer” (Nie lubię systemu). Ich protest song ma prawie 10 tysięcy “lików” na youtube, a w rankingach popularności tuż przed protestem wyprzedzał Lady Gagę.

Następnie w listopadzie parlament przegłosował nowe prawo dotyczące robót publicznych. Bezrobotni mają odtąd prawo do zasiłku tylko przez 3 miesiące, a następnie aby je zachować muszą wykonywać prace publiczne za stawkę poniżej minimum (290EU/415USD na miesiąc). Jeśli odmówią, stracą wszelkie świadczenia socjalne (również zasiłki dla dzieci). Orban powiedział wtedy, że “Na Węgrzech tamy są budowane, kanały czyszczone i zbiorniki budowane nie przy pomocy technologii XXI wieku, ale dzięki robotom publicznym.”

W nocy z 1 na 2 grudnia na ulicach Budapesztu odbyło się 10 manifestacji przeciwko nowemu prawu krymilizującemu bezdomność. Kara więzienia lub równowartość 600$ kary za bezdomność to nowy sposób rządu Orbana na “oczyszczenie” miasta. W akcie solidarności z bezdomnymi aktywistki i aktywiści spędzili noc na ulicach, rozdawali ciepłe posiłki i ubrania. To była zimna noc.

Nowa konstytucja to tylko zwieńczenie wielu zmian politycznych wprowadzonych podczas rządów Fideszu. Nie wymieniłam ich wszystkich, ale warto jeszcze wspomnieć o tym, że system sądowniczy jest całkowicie podporządkowany partii Orbana, a większość 2/3 wymagana do zmiany jakichkolwiek ustaw i praw powoduje, że trudno będzie odkręcić te szkody nawet jeśli ultraprawicowy rząd zostanie obalony. Konstytucja powołująca się w preambule na “Naród, Religię i Rodzinę” jest ostatecznym gwoździem do trumny węgierskiej demokracji. Za jednym zamachem wprowadza ochronę zarodka od poczęcia, definiuje małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, i wykreśla orientację seksualną jako chronioną przed dyskryminacją. Nikt nie wie jak i kiedy te zmiany konstytucyjne wpłyną na prawa dotyczące tych kwestii — Węgry nadal uznają związki partnerskie i prawo kohabitacji również dla par jednopłciowych, a także prawo do aborcji. Dzięki kolejnej ustawie “rodzina” (oczywiście heteroseksualna) stała się na Węgrzech bytem chronionym. Drakońskie prawa, granie na nacjonalistyczno-ksenofobicznych sentymentach oraz populistyczna polityka to doskonały przepis na dyktaturę w samym środku Europy. Jednak ten autorytarny gulasz to nie tylko węgierska specjalność. Wystarczy wspomnieć włoską politykę antyimigrancką, czy deportacje Romów z Francji, a nie tak dawno w Polsce byliśmy o krok od wprowadzenia podobnych zmian w konstytucji! Chociaż niektórzy chcieliby widzieć w Warszawie nowy Budapeszt, to nie zapominajmy, że w Europarlamencie to PO jest sojusznikiem Fideszu we wspólnej frakcji.

Jak widać, Orban ciężko zapracował na obecny polityczny impas. Jednak reprymendy zza granicy docierają do Budapesztu w głównie w sytuacjach kiedy słaby forint wpływa na kurs euro. To samo dotyczu polskich mediów komentujących głównie spadek forinta.Tymczasem represje wobec mniejszości etnicznych i seksualnych, dziennikarek/dziennikarzy, aktywistek/aktywistów, osób bezdomnych i wszystkich niewygodnych dla autorytarnego systemu nie wywoływały do tej pory większej reakcji międzynarodowej opinii publicznej. Absurd politycznej rzeczywistości, w której każdy nowy dzień oznacza nowe (czyt. dyskryminujące) prawo, daje się we znaki wielu aktywistom.Węgierski ruch obywatelski nie wykazuje symptomów “niedojrzałości do demokracji” lub “syndromu transformacji” — systematyczne akcje protestacyjne stały się w Budapeszcie niemal codziennością. Mam nadzieję, że to znak na to, że dni rządu Orbana są policzone.

________________________________________________________________________

UPDATE

(kliknięcie CC uruchamia angielskie napisy)

“Złap mnie, jeśli potrafisz”, czyli warszawski spleen

Wiem, że nad spotami reklamowymi znęcać się zbyt łatwo, a na rozpisywanie się nad tymi promującymi miasta/państwa/regiony nie warto nawet zdzierać sobie klawiatury. Jednak najnowszy filmik promujący EURO 2012 wyznacza nowe standardy nudziarstwa i żenady.

Fabuła spotu z opisu youtube:

Warszawski poranek. Z hotelu na poranny jogging wychodzi obcokrajowiec. Gdy zastanawia się, w którym kierunku się udać widzi uśmiech mijającej go w biegu blondynki. Dziewczyna ogląda się, a on już wie, w którą stronę za chwilę pobiegnie. W ten sposób rozpoczyna się spot promujący Warszawę jako miasto aktywne, dynamiczne – miasto, w którym można się zakochać. Swobodny, poranny bieg wkrótce przeradza się w wyścig z elementami parkour – widowiskowego poruszania się w przestrzeni miasta. Śledząc pogoń widzimy bohaterów odwiedzających najbardziej atrakcyjne i widowiskowe miejsca stolicy. Bohaterowie poruszają się prawami filmowej logiki, a pogoń jest pretekstem do pokazania głównego bohatera spotu jakim jest Warszawa z jej różnorodną – sportową i kulturalną ofertą, ze Stadionem Narodowym i miejscami związanymi z Fryderykiem Chopinem na czele.

Producentem spotu jest firma TPS, Telewizyjne Profesjonalne Studio Sp. z o.o., wyłoniona w ramach przetargu przeprowadzonego w oparciu o cenę i rozrysowany na sceny scenariusz. Reżyserem jest Mariusz Palej, twórca filmów reklamowych i wideoklipów muzycznych.

Hmm… a ja widzę to raczej tak: Trzyminutową kompromitację rozpoczyna oczywiście widok na jedyny most w stolicy (Most Świętokrzyski) o świcie. Migawki kilku innych warszawskich budynków i krajobrazów tylko po to, żeby poznać główną bohaterkę spotu — krasnolicą, blondwłosą joggerkę w polskich barwach narodowych. Biegnie tak sobie przez miasto syrenki (czyżby symboliczna identyfikacja) i jest pozdrawiana przez miejscowych restauratorów, którzy są na pewno przygotowani na przyjęcie gości/kibiców. Przebiegając obok hotelu, zarzuca falującymi blond włosami i “kusi” pana obcokrajowca swoimi słowiańskimi wdziękami. Ten następnie rzuca się za nią w pogoń. Wygląda to bardziej jak pogoń gwałciciela za ofiarą, niż flirt. Nieudolne są również efekty specjalne — coś pomiędzy filmem akcji klasy F a reklamą dezodorantu.

Dziewczyna zawsze pokazana w slow motion, a jak! Każdy może podziwiać jej wdzięki! Gwałciciel goni ją w stylu parkour, “przypadkiem” odwiedzając najważniejsze miejsca stolicy. Falliczne budynki strzelają w niebo, dzieci na stadionie, wesołe stado kibiców gratuluje gwałcicielowi wytrwałości, mała przerwa na Chopina, znów dzieci, Żydzi wychodzą z synagogi (= tolerancja), i w finale stadion i uśmiech! Jednak obcokrajowiec śpieszy się na ważne spotkanie i musi odpuścić niedoścignionej Polce. Cóż za zdziwienie, kiedy jego partnerem biznesowym okazuje się być jego poranna niedoszła ofiara. Warszawa: miasto spotkań, doznań, miłości, Chopina i biznesu!

Wszystko skrojone na miarę widza płci męskiej, czyli zamierzonego odbiorcy spotu o bieganinie po boisku za niemałe pieniądze. Z perspektywy męskiego-heteryckiego-oka dziewczyna zawsze będzie “prowokować”, “uwodzić”. Każdy jej uśmiech jest zachętą, każdy falujący włos (jak z reklamy szamponu) zaproszeniem, a im szybciej biegnie, tym bardziej chce być goniona. Jest wszystko czego kibicom potrzeba: dynamiczna akcja, ostra muzyka, piękna Polka, efekty (niezaspecjalne), Chopin!, lot nad Wisłą…ufff…

Motyw flirtu w tego typu spotach promocyjnych jest powszechny, o ile nie obowiązkowy (pisałam o tym tutaj). Chyba jednak żaden kraj nie zdecydował się dotychczas na motyw gwałtu! Polska innowacyjność i pomysłowość daje o sobie znać…

Równi i równiejsi, czyli o anarchistycznej drabinie ważności

Przez Poznań przeszedł Marsz Równości. Po raz kolejny szedł wśród wyzwisk i chóru nienawistnych okrzyków.  Jak zawsze o Marszu było głośno  – media wszelakie ubolewały, że może być powtórka z 11.11.11., że niebezpiecznie, że prowokacja… A jednak na samym Marszu było ciszej niż zwykle. Zabrakło Samby “Hałastra” z poznańskiego squatu, która do tej pory nadawała rytm przemarszowi pośrodku trzech kordonów policjantów i policjantek odgradzających “równe i równych” od “normalsów”. Dlaczego Rytmy Oporu (w skrócie RoR), najstarsza grupa Samby w Polsce, tym razem odmówiła udziału?

Otóż wszystko przez to, że niektóre rodzaje opresji są dla anarchistów ważniejsze od innych. Aż chciałoby się powiedzieć “są równi i równiejsi”. Myślę, że to coś więcej niż brak solidarności. Zaznaczam też, że nie jest mi łatwo pisać ten tekst, bo zawsze myślałam o poznańskim Rozbracie bardzo dobrze. Środowisko poznańskiego skłotu było zdecydowanie najbardziej aktywne jeśli chodzi o sprawę kontenerów socjalnych, ale… ALE wyszło jak wyszło i moja sympatia do Rozbratu odbija się czkawką, albo nawet zgagą.

Głównym powodem tego zrzutu z wątroby jest ten artykuł Stanisława Krastowicza, który pojawił się na stronie Rozbratu. Autor rozprawia się z problemem “bezwzględnej i metodycznej przemocy biurokratycznej władzy.” Jak sam pisze:

Władzy wspieranej przez mieszczuchów, którzy bardziej od pedałów nienawidzą tylko biednych.

Mieszczańska (tfu!) zgniła burżuazja pozwala sobie na kompromisy, a tymczasem anarchiści czuwają. To co, że Szanowny Pan Autor przemyca obraźliwe słowo w swoim błyskotliwym komentarzu – licentia anarchica najwidoczniej.

Każdego roku, Marsz Równości w Poznaniu podnosił problemy nierówności społecznych – przede wszystkim w odniesieniu dla gejów i lesbijek. Popieram te dążenia, ale chcę tu powiedzieć, że inne tematy były jedynie listkiem figowym.

Za to Rozbrat aktywnie działa w sferze praw kobiet, feminizmu, i aktywizmu LGBTQI… Rozumiem, że kategoria “klasy” jest w centrum zainteresowań tego kolektywu, ale mieszanie z błotem Marszu Równości za to, że koncentruje się na nierównościach dotyczących gejów i lesbijek jest po prostu nie fair w obliczu własnego przemilczania spraw dotyczących seksualności i gender. Co znamienne, na stronie Radykalny Poznań w zakładce “dokumenty” znajdziemy same ważne zakładki: pracownicze, ekologia, wojny/militaryzm… Feminizm? Brak. LGBT? Brak.
Nie wspominając o kilku innych wpadkach Rozbratu: dzięki Fronesis za przypomnienie niesławnego transparentu Federacji Anarchistycznej, o którym pisała Anka Zawadzka tutaj. Pisała tak:

“Prawo to dziwka, która służy bogatym i politykom” napisała Federacja Anarchistyczna na transparencie w obronie poznańskiego squatu Rozbrat.


(źródło: indymedia)

Podczas wczorajszej demonstracji w obronie Rozbratu spalono kukły prezydenta miasta i dewelopera, który zamierza budować architektoniczne perły na terenie squatu. Aż dziw, że nie było trzeciej: dziwki o imieniu “prawo”. Chłopcy z demonstracji – a i pewnie co bardziej wierne Federacji Anarchistycznej dziewczyny – mogliby sobie poużywać. Na przykład rytualnie kukłę zgwałcić. O pardon, przecież dziwki zgwałcić się nie da, bo dziwka lubi być wykorzystywana. Dziwka to zła kobieta na usługach zbrodniczego systemu, jak zawiadomił nas transparent.

To zresztą nie pierwsza wpadka po tej linii. O innym seksistowskim plakacie do poczytania tutaj i tutaj.

Wracając do tekstu Krastowicza:

W sprawie budowy kontenerowych osiedli nie mieliście nic do powiedzenia. W walce przeciwko tym gettom Federacja Anarchistyczna została ostatecznie osamotniona. Reszta zdezerterowała, nie widząc szans na wygraną, albo w ogóle nie dostrzegając znaczenia problemu, czyli wprowadzania pod hasłem walki z „trudnymi lokatorami” nowych standardów mieszkalnictwa i dyscyplinowania biedy. Często tej samej biedy, która potem chwyta po kamień, aby rzucić nim w geja lub lesbijkę.

Wstrętna, wyrodna matka z tej biedy, co to wkłada ludziom kamienie w dłonie. Zgadzam się, że warto dostrzegać strukturalne uwarunkowanie prawicowego ekstremizmu, ale chyba w szerszym kontekście społeczno-politycznym to nie “bieda” popycha ludzi do kanalizowania nienawiści w stronę osób nieheteronormatywnych! Duże uproszczenie. Nie wspominając o “hydraulicznym” rozumieniu przemocy.

Skupiacie się na „symbolach przemocy”, „języku przemocy”, ale nie na przemocy władzy. Nie dostrzegacie jej. Rozgrzeszacie. Kryjecie się za szpalerami policji, twierdząc, iż nie stosujecie przemocy. Ale ilu z Was w ostatnich wyborach głosowało na PO lub Palikota? Ilu z Was głosowało na tych, którzy dziś przykładają rękę do stawiania kontenerowych osiedli, masowych eksmisji, horrendalnych podwyżek czynszów?

Wg autora, władza = eksmisje na bruk, przemoc fizyczna/materialna. Tylko, że władza to też te znienawidzone (bo pewnie zbyt “miękkie”) symbole i język przemocy! Krastowicz utożsamia też Marsz Równości z jakąś wyimaginowaną liberalną defiladą bogatych gejów wyzyskiwaczy, co to zhańbili się głosem na Palikota lub PO (lesbijki celowo pozostawiam tutaj niewidoczne). No tak, i przez to muszą się kryć za szpalerami policji – cóż za zdrada ideałów! Prawie kolaboracja z wrogiem, trzeba się było przecież otwarcie wystawić na deszcz kostek brukowych wyrwanych z ulicy! Dziwna fantazja.

Przemoc, której jesteśmy świadkami, jest konsekwencją słabości także poznańskiej inteligencji. Nie mówię tu o tych kilku nazwiskach, które mogę wręcz policzyć na palcach jednej dłoni. Pozostała część milczy. Poznańskie elity intelektualne to czarna dziura, nie wydobywa się z niej ani promyk. Wasza postpolityczna nowomowa nie pozwala wam zająć jasnych stanowisk, powiedzieć: „czarne to czarne, białe to białe”.

Wszystko jasne: czarne jest czarne, białe jest białe. Nie ma sensu cytować reszty artykułu, bo mam problem z każdym jego fragmentem. Mam szczerą nadzieję, że rzucane na wiatr oskarżenia o “miałkość intelektualną”, “kolaborowanie z prawicową władzą”, a nawet “tępotę polityczną” nie są odzwierciedleniem mentalności radykalnego Poznania.

Gdyby ten artykuł na poważnie brał problemy homonacjonalizmu, wewnętrznej nierówności wielu ruchów LGTBIQ, w których seksizm albo niewidoczność osób trans nie są przecież rzadkością, to podpisałabym się pod nim obiema rękoma. Niestety bardzo daleko jest tej nieudolnej próbie komentarzu sytuacji politycznej Poznania do czegoś, czego oczekiwałabym od radykalnego środowiska. Zamiast tego jest czarno na białym hierarchizowanie opresji. “Moja sprawa jest ważniejsza od twojej głupiej sprawy!” Łatwo o taki punkt widzenia, jeśli jest się białym heteroseksualnym mężczyzną (nie zakładam tutaj tożsamości autora).

Co więcej, kolejna sztuczka polega na tym, że Pan Stanisław skrupulatnie oddzielił sobie gejów i lesbijki od biednych ludzi wysiedlonych do kontenerów, nie przypuszczając pewnie nawet, że przecież osoby z tej drugiej grupy mogły się znaleźć na marszu. Nie, to nie przemknęło autorowi przez myśl, bo przecież sam stworzył na własny użytek monolityczną kategorię “biedy”. Ten Frankenstein powstały wskutek potwornych eksperymentów miejskiej władzy może śmiało ciskać kamienie w gejów i lesbijki, bo sam nie ma ani płci, ani seksualności – przynajmniej tak wynika z cytowanego artykułu. Swoją drogą odmawianie ludziom ubogim seksualności jest typowym zagraniem neoliberalnych praktyk rozwojowych (polecam też świetny tekst Moniki Bobako o urasawianiu odmienności klasowej).

Nie wiem czy tezy wyrażone w artykule Krastowicza są bezpośrednim powodem odmówienia udziału w MR przez sambę z Rozbratu, ale odnoszę wrażenie, że te dwie sprawy jakoś się łączą. Oczywiście nie uznaję, że Samba i Rozbrat to jedno i to samo, i nie wiem dokładnie jak przebiegał proces decydowania o tym, czy grać na MR, czy nie. Jednak RoR to międzynarodowy ruch i łączą się z nim pewne zasady, które według mnie zostały w jakiś sposób nadwyrężone. Początki RoR były związane z przełamaniem maskulinistycznego i maczystowskiego wizerunku anarchistycznego czarnego bloku, poprzez “taktyczną frywolność” i np. ubieranie się na różowo. Głównym celem samby jest “konfrontacja i krytyka systemów dominacji i bezpośrednie wsparcie wszystkich walczących przeciw dyskryminacji, eksploatacji i opresji.” Dlaczego Marsz Równości w 2011 się nie zakwalifikował? Czyżby opresja jakiej do doświadczają codziennie osoby LGBTIQ w Poznaniu była zbyt wysokiej klasy, zbyt burżua dla anarchistów i anarchistek z Poznania? Dlaczego na Rozbracie nie ma więcej queerowych wydarzeń? Ktoś powie, to nie ich działka. A jednak chciałabym widzieć na poznańskim skłocie grupę wsparcia dla kobiet doświadczających przemocy, albo dyskusje na temat praw mniejszości (?) seksualnych, albo feministyczną sambę, i jeszcze bardziej szalenie: festiwal queer-porno.   Nie, takich rzeczy na Rozbracie nie ma. Może kiedyś.

Komu brakuje 160 milionów kobiet?

Na łamach Krytyki Politycznej Tomasz Piątek rozprawia się z “tradycyjnym seksizmem”. Mało ironiczny felietonista pisze:

Radio Tok FM alarmuje: w Trzecim Świecie brakuje 160 mln kobiet. Rodzi się za dużo chłopców, a za mało dziewczynek. Powodem jest tradycyjny seksizm: rodzice chcą mieć synów, a nie córki.

Jak powszechnie wiadomo tzw. “Trzeci Świat” jak zwykle pozostaje w tyle, więc nawet seksizm jest tam rzekomo bardziej tradycyjny. Ta pierwotna odmiana seksizmu oczywiście ma się przekładać na wzory re-produkcji. Ciakawe jest też użycie wyrażenia “brakuje 160 mln kobiet”. Komu brakuje tych kobiet? Naukowcom, meżczyznom, społeczeństwu, ONZ? No komu?

Według naukowców stosunek ilościowy niemowląt płci męskiej do niemowląt płci żeńskiej powinien wynosić jakieś 105 do 100. Tymczasem w Indiach rodzi się 112 chłopców na 100 dziewczynek. W Chinach – nawet 130 na 100.

A jednak, naukowcy! Zacni demografowie w służbie biopolityki nie doliczyli się aż 160 mln żeńskich podmiotów, które przecież powinny tam być dla ogólnej równowagi ekologicznej. Jak to zwykle bywa w przypadku ekologicznych katastrof, największy problem ze zrównoważonym rozwojem mają Indie i Chiny.

W ten sposób powstaje błędne koło, samonakręcająca się spirala seksizmu. Tradycyjny seksizm powoduje, że rodzi się coraz więcej mężczyzn. Ci mężczyźni nie będą mogli znaleźć sobie kobiet, będą coraz bardziej sfrustrowani i zapewne w większości wypadków – bardziej seksistowscy. Przecież nie tylko w naszej kulturze frustracja samotnego mężczyzny wyładowuje się w seksizmie (baby to kurwy, bo mnie nie chcą – miałem takiego znajomego, który mówił: baby to kurwy, bo mnie nie chcą, pięknego huzara). Ci coraz bardziej seksistowscy mężczyźni będą stanowić coraz większą część swoich społeczeństw, które w efekcie będą coraz bardziej seksistowskie.

Niezawodna logika Piątka wykazuje, że spirala seksizmu (ciekawe czy nawiązanie do jednej z metod antykoncepcyjnych jest świadome) jest jak najbardziej transkulturowa! Biedni sfrustrowani mężczyźni, w wyniku jakiegoś błędu w uniwersalnej antropologicznej regule wymiany kobiet nie otrzymają należnej części przydziału w “mięsie”. Nie dla każdego starczy, więc ci sfrustrowani będą zasilać szeregi globalnego frontu seksistów. Swoją drogą, oryginalne odwrócenie popularnej zaczepki w stronę feministek: “Chłopa im trzeba!”. Najwyraźniej według Piątka seksistom “baby trzeba”.

Radio Tok FM ostrzega, że taka wielka masa sfrustrowanych kawalerów może być niebezpieczna. I rzeczywiście, coś w tym jest. Masami sfrustrowanych młodych mężczyzn zarządza się zazwyczaj poprzez wojny i zamachy stanu.

Chłopcy się nudzą, więc z tego wszystkiego zrobią wojnę. Jak wszyscy wiedzą wojny biorą się z nudów i braku kobiet, których zwykła obecność łagodzi obyczaje. Gdy tych kobiet nagle brakuje, bum! Wojna światowa!

Otóż to: jatka. Pamięć o II wojnie światowej jest jeszcze w miarę żywa (chociaż wśród dwudziestolatków panuje już na ten temat radosna niewiedza). Pamięć o I wojnie światowej całkowicie już zblakła. Zapominamy, jaka to była bezsensowna rzeźnia. A działa się tak naprawdę tylko w Europie. Była to rzeźnia w skali europejskiej. Teraz pomnóżmy to o miliardy Chińczyków, Hindusów i Wietnamczyków razem wziętych. Pomnóżmy to o potencjał Chin i Indii – ogromnych i szybko rozwijających się gospodarek. Pomnóżmy to o potencjał, jaki te gospodarki będą miały za dwadzieścia lat. Wyobraźmy sobie te potęgi militarne, które nagle ruszają przeciwko sobie, pchając na siebie miliardowe niemal masy uzbrojonych mężczyzn. No i do tego broń jądrowa… Jednym słowem, wyobraźmy sobie wojnę chińsko-indyjską.

Próbuję, bardzo próbuję sobie wyobrazić, ale jakoś tego nie widzę. Oczywiście miernikiem wszelakiego rodzaju tragedii jest dla Piątka wojna europejska, a nie na przykład konkwista, kolonialne wojny, czy choćby bardziej konkretnie, podbój Indii przez imperium brytyjskie.

Czy autor zdaje sobie sprawę jak erotycznie napakował ten pragraf? “Potencjał ogromnych gospodarek”, “potęgi militarne”, “pchają na siebie masy mężczyzn”, “broń jądrowa”… Tomaszu… no, no, no…

Całkiem poważnie, autor nie wpadł na pomysł, że być może jego skrupulatna analiza jest heteroseksitwoska i seksitowska (sic!) do szpiku kości! Przypadkiem chyba wyszedł mu z tego erotyczny obraz wojny między rozjuszonymi samcami z nadmiarem zakumulowanej energii seksualnej. Jednak możliwość tego, że nie wszyscy mężczyźni pragną kobiet, że niektórzy mężczyźni pożądają innych mężczyzn nie przemknął nawet przez myśl bystrego pisarza. Zapewne próbowałby to wyjaśnić “trzecioświatowością” Indii i Chin… Współczesny orientalizm, którego przykładem może być omawiany felieton, przypisuje często wolność, równość i tolerancję światowi nr 1, a zacofanie, brutalny (tradycyjny) seksizm, czy prymitywną homofobię wszystkim “innym” światom i zaświatom.

Autor nie poddaje się do końca:

Jedyna nadzieja w pestycydach. Moja Hania mówi mi, że środowisko jest totalnie zatrute pestycydami, a w organizmach poddanych pestycydowemu bombardowaniu pojawia się nadmiar estrogenu. Estrogen podobno wywołuje zachowania tradycyjnie uznawane za kobiece. Być może więc miliardy sfrustrowanych młodych mężczyzn, zgrzytając zębami, zaczną robić na drutach?

Na sam koniec argument a’la Maciej Giertych: wg Giertycha estrogen z tabletek antykoncepcyjnych, który wraz z moczem trafia do kanalizacji, a potem do wód śródlądowych ma powodować feminizację samców ryb, oraz co gorsza homo sapiens! Ryzyko zapewne wzrasta po spożyciu zniewieściałych ryb. Pełna treść tego pasjonującego traktatu pseudo-naukowego tutaj, od strony 20.

Ten wątek wpisuje się już w klasyczny orientalizm w rozumieniu Edwarda Saida: niebezpieczni “Inni” muszą zostać sfeminizowani!  Od razu są mniej straszni, szczególnie jeśli wyobrazimy ich sobie robiących swetry na drutach, zamiast produkujących bomby jądrowe. Ten rodzaj orientalizmu ma długą historię, zwłaszcza jeśli chodzi o Azję. Dowiadujemy się również, że autor posiada Hanię — stajemy się tym samym świadkami niezamierzonego heretyckiego coming outu.

A tymczasem, można było potraktować sprawę bardziej poważnie i nie strzelać sobie w stopę tą imperialną retoryką udającą lewicowość. Problem femicide, czyli zabójstw kobiet ze względu na ich płeć, jest na tyle poważny, że zasługuje na porządną analizę, która nie popada w straszenie wojną chińsko-indyjską.

Tymczasem, kobiety zupełnie zniknęły z pola widzenia Piątka, tak samo jak zniknęły z demograficznych statystyk. Ich brak jest zauważalny tylko o tyle, o ile brakuje ich mężczyznom. To jest dopiero seksizm!

Homofobia jest uleczalna, czyli o krucjacie NARTH w Polsce

Kiedy dowiedziałam się o konferencji organizowanej na Uniwerystecie Medycznym w Poznaniu pt. Praktyczne zastosowania terapii reparatywnej: przyczyny i terapia skłonności homoseksualnych, pierwszą myślą jaka przyszła mi do głowy było “kto do cholery za tym stoi”? Konferencja zaplanowana na 16 września jest od jakiegoś czasu zapowiadana na portalach katolickich i konserwatywnych, a jej adresatami mają być:

– terapeuci, lekarze, psycholodzy, duszpasterze, kierownicy duchowi, spowiednicy
– studenci nauk społecznych, medycznych, poradnictwa i psychoterapii
– osoby z problemem homoseksualnym i ich rodziny – wszelkie osoby zainteresowane rzetelną informacją o możliwościach terapii skłonności homoseksualnych

Jak zwykle intuicja mnie nie zawiodła: jak się okazało gwoździem konferencyjnego programu jest dr Jospeh Nicolosi – amerykański psycholog, były przewodniczący i jeden z trzech założycieli organizacji National Association for Research & Therapy of Homosexuality (NARTH). Na swojej stronie internetowej Nicolosi przekonuje: “Nie musisz być gejem, zredukuj swoją niechcianą homoseksulaność, rozwiń swój heteroseksualny potencjał” oraz oferuje terapię reparatywną dla osób, które “nie chcą już być homoseksualne”. Sprytnie napisane… żeby nie było, że jest homofobem, ale jedynie wspiera tych, którzy szukają pomocy… Bez obaw, pomimo tej przesadnej ostrożności NARTH ma wiele wpadek, o których za chwilę. Informacja o Nicolosim jaka pojawia się na stronie NARTH mówi wiele o tym, z kim mamy do czynienia:

Dr. Joseph Nicolosi, Ph.D., director of the Thomas Aquinas Psychological Clinic and past president of NARTH, has been treating clients with unwanted same-sex attractions for over 20 years. In this interview, Dr. Nicolosi encourages teens who may be discovering SSA within themselves to resist society’s pressures to label themselves “gay,” because early self-labeling could close the door to personal growth.

Dr Joseph Nicolosi, dyrektor Kliniki Psychologicznej Thomasa Aquinasa oraz były przewodniczący NARTH od ponad 20 lat leczy klientów z niechcianymi tendencjami homoseksualnymi (NTH). W tym wywiadzie dr Nicolosi zachęca nastolatki, które mogły odkryć w sobie symptomy NTH, aby oparły się naciskom społecznym każącym im nazywać się “gejami”, ponieważ wczesne samookreślenie może zamknąć im drogę rozwoju osobistego.

Joseph Nicolosi

Nicolosi jest autorem takich książek jak:

Reparative Therapy of Male Homosexuality, 1992 (published by Jason Aronson, Inc.) [Terapia reparatywna męskiej homoseksulaności]

Healing Homosexuality, 1994 (Jason Aronson, Inc.) [Lecząc homoseksulaność]

A Parent’s Guide to Preventing Homosexuality, 2002

(Intervarsity Press) [Poradnik dla rodziców: Zapobieganie homoseksualizmowi]

Shame and Attachment Loss: The Practical Work of Reparative Therapy, 2009 (InterVarsity Press) [Wstyd i utrata przywiązania. Praktyczne zastosowanie terapii reparatywnej]

Dwie ostatnie pozycje doczekały się polskich przekładów. Wśród osób rekomendujących polskie wydanie jest polska gwiazda sceny ultrakonserwatywnej – Terlikowski,  oraz amerykańskie sławy tzw. ex-gay movement, czyli ruchu zrzeszającego osoby i organizacje starające się “wykorzenić tendencje homoseksualne ze społeczeństwa”. Najwięcej z nich to uwaga, uwaga: organizacje chrześcijańskie oraz zajmujące się psychoterapią! Chociaż NARTH odżegnuje się od chrześcijańskiego rodowodu, jest to jedynie fasadowa próba przyznania tej organizacji naukowego (więc zsekularyzowanego) charakteru. Oczywiście w publikowanych przez NARTH artykułach bardzo często przeczytamy o wadze religii, modlitwy itd. Co ciekawe, na stronie Nicolosiego w zakładce z artykułami znajdziemy rozbudowaną sekcję polskich tłumaczeń jego tekstów, a nawet wykładów wideo! Chociaż jego książki są tłumaczone m. in. na rosyjski, hiszpański czy turecki, to tłumaczenia artykułów są tylko na polski. O co tutaj chodzi?

Organizatorem poznańskiej konferencji jest Fundacja Edukacji Zdrowotnej i Psychoterapii, która do sądowego rejestru organizacji pozarządowych została wpisana zaledwie w maju tego roku. Fundacja na razie nie posiada strony internetowej i trudno skontaktować się z jej zarządem, ale najwyraźniej mają duże wsparcie finansowe ze strony NARTH. Na pewno przerażać może lista przedmiotu działalności nowo powstałej organizacji, gdzie obok działaności wydawniczej, czy związanej z produkcją filmów i nagrań muzycznych, można znaleźć “roboty budowlane z wznoszeniem budynków” oraz badania naukowe. Czyżby w Polsce szykowała się budowa Centrum Terapii Reparatywnej?!

Jeśli chodzi o samą terapię naprawczą, nie mam zamiaru wchodzić w szczegóły tej krzywdzącej praktyki, a cytowanie fragmentów artykułów czy wywiadów z takimi osobami  jak Nicolosi mija się z celem. (Próbowałam, ale złapałam się na tym, że każde kolejne zdanie okazywało się jeszcze bardziej absurdalne od poprzedniego). Ta “metoda terapeutyczna” polega głównie na silnych przekonaniu możliwości przemiany, wiary w zbawczą moc modlitwy oraz całkowicie błędnym posługiwaniu się teorią psychoanalityczną.

Daleko posunięta hipokryzja ruchu ex-gay przejawia się m. in. w tym, że organizacje te kreaują się na centra terapii pomagające “ofiarom homoseksualizmu”, a jednocześnie dopuszczają się ogromnych nadużyć jeśli chodzi o metody ich “terapii”. Cały dyskurs tych organizacji jest zbudowany na imitacji naukowej obiektywności oraz rzekomym “wypowiadaniu politycznie niepoprawnej prawdy”. Prezes Fundacji Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, która de facto zajmuje się organizacją koneferencji utrzymuje, że nie ma nic kontrowersyjnego w organizowaniu wydarzenia, które korzysta z prestiżu naukowego uczelni, aby promować homofobiczne praktyki terapeutyczne. Roman Dworzyński zapytany czy pseudonaukowa teoria o możliwości leczenia homoseksualizmu nie stoi w sprzeczności z dorobkiem naukowym uczelni, odpowiada:

– Nie widzę sprzeczności. To teoria naukowa jak każda inna – odpowiada Dworzyński. I rzuca: – Gdy Ludwik Pasteur mówił o istnieniu bakterii, też nikt mu nie wierzył.

Porównanie fanatycznego pseudonaukowca, który z własnej homofobii uczynił intratny biznes z Pasteurem zakrawa na farsę…

Jak widać NARTH znalazł idealne miejsce do głoszenia swoich nie tyle wątpliwych, co wręcz niedopuszczalnych tyrad na temat leczenia “homoseksualnych tendencji”. Nie wiem na ile w Polsce znane są skandale dotyczące tej organizacji podającej sie za naukowy autorytet w dziedzinie ludzkiej seksulaności, ale przytoczę kilka spraw, które wyraźnie pokażą z jak  szkodliwym zjawiskiem mamy do czynienia. Na początek proponuję odwiedzenie strony internetowej www.beyondexgay.com, która zrzesza osoby ocalałe z terapii reparatywnej, które dochodzą do siebie po tym traumatycznym doświadczeniu. Z wielu opisanych tam historii możemy dowiedzieć się między innymi o tym, że często na “leczenie” wysyłane są nastolatki i dzieci wbrew własnej woli. Co więcej, kilka ocalałych osób zeznało, że były molestowane seksualnie przez swoich terapeutów. Podczas sesji pacjentom podawane są fałszywe dane o tym jak szkodliwe jest bycie lesbijką/gejem (np. wyssane z palca statystyki, według których geje umierają średnio w wieku 40, a lesbijki 42 lat). Warto też zaznaczyć, że terapeuci NARTH i innych podobnych organizacji nie pracują charytatywnie: terapia reparatywna jest bardzo droga (podobno do całkowitego “wyleczenia” potrzebne są 2 lata spotkań 2 razy w tygodniu, gdzie jedna sesja kosztuje 140$)! Nie muszę chyba wspominać o ogromnych kosztach emocjonalnych i psychicznych wynikających z bycia poddanym/poddaną indoktrynacji i wpajaniu nienawiści do samego/samej siebie przez pseudo-terapeutów. Ich nieetyczne praktyki spotkały się z krytyką Komitetu Nadużyć w Psychiatrii (Committee on Abuse and Misuse of Psychiatry in the U.S.), działającego w ramach APA, który w 1993 roku stwierdził, że propagowana przez NARTH terapia konwersyjna jest nieetycznym nadużyciem psychiatrii, któremu należą się sankcje ze strony środowiska profesjonalistów. (“APA Official Acts, American Journal of Psychiatry”, luty 1993). 

Zazwyczaj NARTH zachowuje ostrożność, utrzymując, że oferuje terapię wyłącznie osobom, które szukają pomocy, oraz, że ich metody nie są uznawane przez APA, ponieważ ta organizacja zamyka się na dyskurs w tej sprawie pod presją środowisk LGBT. Tymczasem APA wyraźnie zaznacza, że przeciwstawia się homofobii środowisk oferujących terapię naprawczą oraz jest zaniepokojone krzywdą jaka jest wyrządzana pecjentom poddanym tej motodzie:

APA is concerned about ongoing efforts to mischaracterize homosexuality and promote the notion that sexual orientation can be changed and about the resurgence of sexual orientation change efforts (SOCE).

APA jest zaniepokojone nieustającymi staraniami błędnego definiowania homoseksualizmu (jako choroby – przyp. CM) oraz promowania przekonania, że orientacja seksualna może podlegać zmianie, a także powracającymi próbami zmiany orientacji seksualnej.

NARTH i inni samozwańczy “pionierzy alternatywnych metod” terapeutycznych mają na swoim koncie mnóstwo wpadek. Na swojej stronie NARTH udostępnia artykuł o faktach i mitach wczesnej terapii awersyjnej w leczeniu homoseksulanych tendencji (Facts and Myths on Early Aversion Techniques in the Treatment of Unwanted Homosexual Attractions). Jak łatwo się domyślić, według autorek i autorów ta metoda nie jest “aż tak zła jak się mówi”, natomiast Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne zakazało jej stosowania ze względów ideologicznych. George Alan Rekers, były doradca naukowy NARTH, został oskarżony o stosowanie terapii awersyjnej, podczas której karane są zachowania “nieodpowiednie” dla płci (np. wywyższanie się dziewczynek, lub tzw. sfeminizowane gesty u chłopców [limp wrist]), a nagradza się “odpowiednie” zachowania (np. kiedy dziewczynka bawi się lalkami, a chłopcy grają w piłkę). Rekers zasłynął także z innego skandalu: w maju 2010 roku zatrudnił męską prostytutkę do towarzystwa podczas dwutygodniowych wakacji w Europie.

Rekers zbudował swoją karierę naukową na znanym eksperymencie, jaki przeprowadził na 5-letnim chłopcu, którego rodzice skierowali na terapię po tym jak z telewizyjnego talk-show dowiedzieli się, że zachowania ich syna powinny budzić ich zaniepokojenie. W 1970 roku, kiedy to APA nadal uznawała homoseksualizm za chorobę umysłową, rodzice chłopca chcąc zapobiec temu, by ich “kobiecy” syn wyrósł na geja, skierowali go na leczenie psychiatryczne do UCLA. Tam chłopiec trafił pod opiekę młodego doktoranta, G. A. Rekersa, dla którego terapia “Kraiga” (pseudonim użyty w eksperymencie) stała się podstawą do napisania pracy doktorskiej, a w późniejszym czasie ugruntowała jego karierię akademicką (ponad 20 artykułów na temat sukcesu jego metody na przykładzie chłopca). Niestety, przypadek Kraiga, który stał się sztandarowym przykładem zmiany orientacji seksualnej we wczesnym dzieciństwie i miał być triumfem terapii reparatywnej, okazał się nie tylko wielkim kłamstwem, ale też okrutnym w skutkach eksperymentem. Kirk (prawdziwe imię “Kraiga”) był gejem, lecz nie mogąc poradzić sobie ze skutkami terapii popełnił samobójstwo w 2003 roku. Warto zauważyć, że Joseph Nicolosi w swoim Poradniku dla rodziców podaje przypadek Kraiga jako dowód na to, że możliwa jest pomyślna zmiana czyjejś orientacji seksualnej i cytuje pracę Rekersa ponad 20 razy. Absurdalną terapię zastosowaną w przypadku chłopca można porównać do metody Pavlova. Matka Kirka wspomina fragment procesu terapeutycznego:

Kiedy Kirk zrobił coś złego, albo bawił się lalką zamiast pociągu lub samochodu, dostawał czerwony żeton. Jeśli podniósł helikopter albo samolot lub zrobił coś “jak chłopiec”, wtedy dostawał niebieski żeton. Pod koniec dnia rozdzielałam czerwone żetony od niebieskich. Wtedy w zależności od tego ile było niebieskich żetonów, powiedzili mi  żebym dała mu cukierka  M&M za każdy niebieski jako narodę. Kazali mi też wszystko to zapisywać.

Kirk Murphy w wieku 4 lat

Później system nagród został “wzbogacony” o kary cielesne wymiarzane za niewłaściwe zachowanie nie tylko Kirka, ale też jego brata Marka. Całą tragiczną historię chłopca opowiedzianą przez jego bliskich oraz wiele materiałów źródłowych dotyczących tej sprawy można znaleźć tutaj. CNN wyprodukował też film (dostępny w całości na YouTube) o fatalnym eksperymencie:

Więcej informacji o szkodliwości i absurdzie terapii reparatywnej można znaleźć m. in. na stronie www.truthwinsout.org.

Jeśli jesteś w Poznaniu 16 września, koniecznie przyjdź zaprotestować przeciwko konferencji na temat leczenia homoseksualizmu na Uniwersytecie Medycznym! Wydarzenie na FB: http://www.facebook.com/event.php?eid=144234505668153 Proponuję też bliższe przyjrzenie się Fundacji Edukacji Zdrowotnej i Psychoterapii organizującej konferencję. Według krajowego rejestru sądowego organem sprawującym nadzór nad tą organizacją jest Minister Zdrowia. Czas przed wyborami jest idealny na wystosowanie apelu do Ministra Zdrowia w sprawie tej organizacji. Homofobia da się leczyć!